L. J. Shen - Intryga

października 23, 2021

L. J. Shen - Intryga

Podobno miłość i nienawiść to te same uczucia, tylko doświadcza się ich w trakcie różnych okoliczności. To prawda. Mężczyzna, o którym marzę, nawiedza mnie również w koszmarach. To znakomity prawnik. Utalentowany kryminalista. Piękny kłamca. Dręczyciel i wybawiciel, potwór i kochanek. Dziesięć lat temu zmusił mnie do ucieczki z małego miasteczka, w którym mieszkaliśmy. A teraz przyszedł do mnie w Nowym Jorku i nie odejdzie, dopóki nie weźmie tego, co należy do niego.

Zacznijmy w ogóle od tego, że tą serię powinno się czytać przed "All Saints High". bo chronologicznie dzieje się na długo przed tamtą i mamy tu losy rodziców i przyjaciół rodziców dzieciaków z tamtejszej serii. Ja w sumie póki co przeczytałam tylko pierwszy tom z każdej serii, ale tak dziwnie wyszło, że W "Pretty Reckless" śledziliśmy losy Darii prawie że już pełnoletniej, a tutaj dopiero gdzieś pod koniec historii była wzmianka, że Daria dopiero się urodziła. Trochę to jednak zaburza utworzoną w mej głowie linię czasową!

To dopiero moja druga książka od Shen i nie bardzo wiem, co mam powiedzieć. O ile w przypadku pierwszej słowa płynęły same, tak tutaj niejako mam z tym problem. Nie podobała mi się tak mocno jak jej poprzedniczka, a mimo to nie potrafiłam się od niej oderwać. Nie wiem, może to kwestia bohaterów, bo oo ile Emilia i jej siostra bardzo przypadły mi do gustu, o tyle postać Brutala (albo Barona, jeśli ktoś zechce nazywać go po imieniu) już ie bardzo... W ogóle co to jest za imię Baron i ksywka Brutal?! Chyba przez cały czas towarzyszyła mi tam gdzieś z tyłu głowy myśl, że bardziej idiotycznie to on się nazywać nie mógł i pewnie też przez to nie potrafię go tak naprawdę wziąć na poważnie...

Ale pomijając Brutala (wybaczcie, ale to idiotycznie brzmi, naprawdę), Emilia to kawał dobrej postaci. Malarka, która całe życie służy innym (jej rodzice pracują jaku służba w rodzinnym domu Brutala), nigdy nie potrafiła zarobić na tyle dużo pieniędzy, żeby niczym się nie martwić, a do tego opiekuje się chorą siostrą i ma niezwykłą obsesję na punkcie pewnego drzewa. Nie mogę wam powiedzieć, bo wszystko bym zepsuła, ale jest to dosyć nietuzinkowe i chyba ten element podobał mi się najbardziej. I w ogóle to, jak został wykorzystany w relacji tych dwojga!

Nie umiem powiedzieć, co mi tu nie pasowało, ale nie umiem mimo wszystko myśleć o niej z uśmiechem na ustach, jak to często bywa w przypadku takich historii. Czai się tu chyba za dużo goryczy, zbyt wiele gniewu i nienawiści i w jakiś sposób przysłoniło mi to radość odczuwaną podczas lektury.  Były takie momenty, kiedy uśmiechałam się jak głupia, ale nie potrafię wskazać konkretnego, bo mimo wszystko przebija się ta nieszczęsna gorycz.

Nie mam pojęcia, czy to jest ta historia, która zostanie ze mną na lata, ale biorąc pod uwagę, jak sprzeczne uczucia wywołuje - jest taka szansa.

Tytuł: Intryga
Tytuł oryginału: Vicious
Seria: Święci Grzesznicy (tom 1)
Autor: L. J. Shen
Stron: 352
Format: mobi
Wydawnictwo: Edipresse Książki
Rozczarowania 2021 #1

października 22, 2021

Rozczarowania 2021 #1

2021 to dla mnie rok obfitujący w nowe gatunki, nowych autorów i mnóstwo nowych historii. I o ile o większości z nich jestem w stanie sklecić całkiem sensowną opinię, to niektóre okazały się tak wielkim rozczarowaniem, że napisanie o nich więcej niż akapitu albo dwóch zwyczajnie mnie przerasta. 

Także, moi drodzy, przed wami pierwszą część największych książkowych rozczarowań 2021 roku :)

Lily Brooks-Dalton - Dzień dobry, północy 


Niestety dla mnie kompletnie nie. Nie mam pojęcia, o czym jest ta książka, wynudziłam się okropnie. Przez 80% śledzimy losy Augusta - jaki to miało cel, nie wiem, w ostatnich 20 minutach upchnięta cała akcja. Zdecydowanie nie polecam. Nie wiem, jaki cel miała ta książka. Ponoć jest to piękna opowieść o samotności i diabeł wie, o jeszcze, ale ja już naprawdę dawno tak się nie wynudziłam i gdyby nie fakt, że ją przesłuchałam, to nie skończyłabym jej w ogóle. Jeszcze nigdy tak bardzo nie miałam ochoty odpuścić sobie książki.

Tytuł: Dzień dobry, północy
Tytuł oryginału: Good morning, midnight
Autor: Lily Brooks-Dalton
Stron: 272
Format: TTS
Wydawnictwo: Czarna Owca

Tim Lebbon - Milczenie


Kilka lat temu światem zawładnęły trzy horrory - Ciche Miejsce, Milczenie i Nie otwieraj oczy. Widziałam jeden z nich (Ciche Miejsce), czytałam jeden (Milczenie), na trzeci kompletnie nie mam ochoty. Mam wrażenie, że motyw stworzeń, które miliardy lat przeżyły w zamkniętym ekosystemie i po okryciu terroryzują świat stał się aż nader modny. Albo ja trafiam na niego podejrzanie często i mogę powiedzieć jeno - jest to cholernie schematyczne. Już po kilku stronach jestem w stanie przewidzieć fabułę, doskonale znam kolejne kroki bohaterów, a momentami mam wrażenie, że przebywam w innym dziele, bo sceny są jak żywcem z nich wydarte. 

Och, jak najbardziej doceniam pomysł, bo Wespy są stworzeniami rodem z horrorów, ale problem polega na tym, że nie są oryginalne. To po prostu diabelnie brzydki, łysy nietoperz żywiący się ludzkim mięsem, a ja mam wrażenie, że już to gdzieś widziałam. Dla osoby, która z horrorem nie ma nic wspólnego - jak najbardziej, to będzie świetna powieść! Mnie niestety przede wszystkim wynudziła, a otwarte zakończenie wprawiło w osłupienie, bo odniosłam wrażenie, że książka urwała mi się w połowie zdania. Swego czasu miałam swoistą obsesję na punkcie krwawych horrorów z niższej półki i wizja apokalipsy w wykonaniu nieznanych stworzeń jest zwyczajnie wtórna. I nudna.

Tytuł: Milczenie
Tytuł oryginału: The silence
Autor: Tim Lebbon
Stron: 368
Format: TTS
Wydawnictwo: Zysk i s-ka 

Christoph Marzi - Heaven. Miasto elfów


W tej historii spotyka się dwoje postaci - osiemnastoletni David, który większość czasu spędza pomiędzy dachami Londynu, bo tylko tam czuje się sobą i Heaven, tajemniczą dziewczynę, której ukradli serce i prosi Davida o pomoc. Początek jest nietypowy i intrygujący! Tylko trochę nam nie pykło...

Moim największym zarzutem dla tej książki jest brak tytułowych elfów. Widząc tytuł, spodziewałabym się większej ich ilości, może nawet tytułowego miasta, a tak naprawdę na kartach historii spotykamy... dwa. Tak, DWA. Co jak co, ale poczułam się oszukana i zawiedziona, bo ja naprawdę lubię elfy i uwielbiam historie o nich!

Sam motyw Heaven, która traci serce na rzecz zbirów zajmujących się tym zawodowo i poszukujących młodych serc dla swoich panów (to nie spoiler, dzieje się w prologu), to coś, co naprawdę miało ogromny potencjał! Ale mam wrażenie, że po drodze coś poszło nie tak i ostatecznie wyszło tak średnio i z dobrego fantasy, na które się zapowiadało, dostaliśmy trochę mdły romans, który totalnie mnie nie interesował. Strasznie szkoda, bo to mogła być naprawdę dobra książka! 

Tytuł: Heaven. Miasto elfów
Tytuł oryginału: Heaven: Stadt der Feen
Autor: Christph Marzi
Stron: 336
Format: TTS
Wydawnictwo: Muza 
Alex Scarrow - Jeźdźcy w czasie

października 21, 2021

Alex Scarrow - Jeźdźcy w czasie

Trafiłam na tą książkę zupełnie przypadkiem podczas poszukiwania czegoś zupełnie odmiennego, ale zainteresował mnie tytuł. Posprawdzałam, poszukałam i stwierdziłam, że co mi szkodzi, może być fajne, bo przypomina mi moje ulubione serie, które czytałam za młodu!

Wyobraź sobie, że pracujesz jako kelner na Titanicu i na własne oczy obserwujesz katastrofę i tą cholerną górę lodową, która właśnie pokrzyżowała twoje życie. Jednak nie umierasz, bo znikąd pojawia się człowiek, wyciąga do ciebie dłoń i przenosi prawie sto lat w przód. Taka sytuacja przydarza się Liamowi O'Connorowi, który powinien był umrzeć w 1912 roku, a nagle znajduje się w 2001, cały i zdrowy. Maddy Carter powinna zginąć w katastrofie lotniczej w 2010 roku, a Sal Vikram w pożarze w 2026 roku, ale każde z nich zostało uratowane przez tą samą tajemniczą osobę  otrzymali szansę na drugie życie.

Teraz znajdują się w pętli, ich domem są dwa dni - dzień poprzedzający i ten, w którym wydarzyła się jedna z największych katastrof XXI wieku - atak na World Trade Center. Mają nauczyć się tych dni na pamięć, a każde odstępstwo od normy, jakakolwiek zmiana będzie znaczyła, że coś się dzieje w przeszłości. To ich zadanie - mają na celu monitorować przyszłość i ścigać innych podróżników w czasie, którzy będą próbowali namieszać.

Brzmi mega spoko, prawda? I przez większość czasu tak jest. Moje pierwsze skojarzenie nasunęło mi pierwszy tom Pendragona, jednej z moich najukochańszych serii, a potem płynnie przeszło w serial Timeless - ten akurat mi się nie podobał, ale mniej więcej chodzi o to samo. Nie do końca dostałam to, czego oczekiwałam, ale też nie do końca wiem, na co się pisałam. Pierwsza połowa książki zleciała mi błyskawicznie, za to druga była dosyć... nużąca. 

Bardzo podoba mi się pomysł, polubiłam się z bohaterami i sam motyw podróży w czasie jest fajny, chociaż zdecydowanie jest to książka skierowana do młodzieży i starszy czytelnik może się czasami nudzić. Jeśli spodziewacie się, że same podróże w czasie zostaną dogłębnie wyjaśnione albo poznamy mechanikę tego wszystkiego to niestety musze was rozczarować, bo ja czegoś takiego nie zauważyłam. Przynajmniej nie tak dokładnie. Owszem, zostało powiedziane, że istnieje wehikuł, jak doszło do jego wynalezienia, dostajemy dokładne informacje, w jaki sposób mogą wrócić, ale nie wyhaczyłam informacji jak to się dzieje, że są w stanie przenosić się zarówno sto lat w przeszłość, jak i 10 lat do przodu. Plus za uwydatnienie minusów takich podróży i ich oddziaływania na człowieka! W tej kwestii jestem zadowolona, ale czegoś mi zabrakło

Kuleją trochę sami bohaterowie, ale bardziej na zasadzie ich reakcji na to wszystko. A właściwie braku reakcji. Zrozumiem jeszcze obie dziewczynki, które przeniosły się w przeszłość - jedna w tych czasach już żyła, druga jeszcze się nie urodziła. Ale chłopak, który żył sto lat wcześniej i jego absolutny brak reakcji i takiego zagubienia wobec techniki, która diametralnie się zmieniła? Hm. Zabawne, ale nie w taki pozytywny sposób. 

Nie podobała mi się przygoda Liama, ale głównie dlatego, że była niesamowicie rozwleczona, jego powrót do domu stanowił taki problem, po drodze miał tyle przeszkód, ciągle coś było nie tak, że momentami już naprawdę było mi wszystko jedno, czy on do tego domu dotrze, bo czekałam tylko na koniec. Szkoda, bo zaczęło się naprawdę nieźle.

No i kocham Boba. Matko, co to za cudowna postać jest! Zdecydowanie mam zamiar sięgnąć po kolejne tomy. Jestem trochę znudzona, ale jak najbardziej zaintrygowana tą historią i chcę poznać kolejne losy bohaterów. 

Tytuł: Jeźdźcy w czasie
Tytuł oryginału: Time Riders
Seria: Time Riders (tom 1)
Autor: Alex Scarrow
Stron: 432
Format: TTS
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Niedoceniane serie #1 - Kroniki Wardstone - Joseph Delaney

października 20, 2021

Niedoceniane serie #1 - Kroniki Wardstone - Joseph Delaney

Wpadłam ostatnio (to już ponad rok remu!) na pomysł zrobienia cyklu postów o seriach, które czytałam kiedyś dawno temu, które siedzą głęboko w moim serduszku. Także o tych, które zaczęłam, ale przecież nie rzucę recenzji ostatniego tomu, olewając 8 poprzednich. Jest to też trochę okazja dla mnie, aby sobie pogadać o moich ulubionych książkach, bo nie lubię czytać drugi raz tej samej książki i zazwyczaj do nic nie wracam. Kto wie, może kogoś zainspiruję?

Na pierwszy ogień trafiają "Kroniki Wardstone", które ostatnio skończyłam i naprawdę nie wiem jakim cudem mi się ten ostatni tom ostał, bo pióro Delaneya uwielbiam i zdążyłam nawet przeczytać kontynuację zanim skończyłam tą :O

Na początek trochę faktów: Kroniki Wardstone są debiutancką serią Delaneya, pierwszy tom został wydany w oryginale w 2004 roku, do nas dotarł trzy lata później i wydaje mi się, że czytałam razem z premierą, od pierwszego razu, gdy dostrzegłam pierwszy tom w bibliotece, choć ostatnie kończyłam już na czytniku. Seria składa z trzynastu tomów, wszystkie wydane w tej samej konwencji pisane w narracji pierwszoosobowej jako forma wspomnień/pamiętnika, bo Tom opisuje swoje przygody, które już przeżył, w razie czego pomagając sobie zapiskami z notesów.


Generalnie nie lubię takiej formy, ale tutaj urzekła mnie już od pierwszego tomu i w niczym nie przeszkadzała. Chyba nawet od czasu do czasu zdarzały się obrazki, czy to potworków, czy miejsc, ale pamięć może mnie mylić. Śledziłam zawsze serię w bibliotece i gdy dorwałam nowy tom, zawsze wracał ze mną do domu. Co mnie urzekło? Na początek okładki, bo tak do dziś szukam książek, są bardzo proste, wręcz symboliczne, a przez to niesamowite, bo na początku patrzysz na obrazek, a po przeczytaniu książki widzisz, do czego się odnosiła i moim zdaniem jest to rzecz bardzo przemyślana. Każdy z 13 tomów ma obrazek pasujący do historii i założę się, że cudownie prezentują się na półkach! Zarys historii także brzmiał ciekawie i okazało się, że to strzał w dziesiątkę, bo zakochałam się bez reszty w przygodach Toma i Johna.

Gdy poznajemy Toma, jest on zaledwie małym chłopcem i zostaje zaprowadzony do stracharza Jona - postaci szanowanej w miasteczku, ale także omijanej, gdyż praca stracharza jest bardzo niebezpieczna, wiąże się z wieloma wędrówkami i, co najważniejsze - walką z Mrokiem. Stracharzowi niestraszne są boginy, wiedźmy i wszelkie stwory wychodzące z Mroku, gdyż jego zadaniem jest pomaganie ludziom, wyłapywanie, a gdy nic nie pomaga, zabijanie potworów. John ma bardzo twarde zasady, pracuje w tym fachu, można by rzecz, że od zawsze i jest bardzo poważany. Młody Tom tak naprawdę nie wie, na co się pisze, a historie i zmarłych byłych uczniach zapewne nie pomagają podnieść na duchu. Ale Tom jest siódmym synem siódmego syna, jest stworzony do tej roboty. 

Przez trzynaście tomów śledzimy przygody Toma, który z małego, przerażonego chłopca (boże, ile on miał, z 10 lat może jak rozpoczął termin) staje się prawdopodobnie najpotężniejszym stracharzem z Chipenden pracującym na własny rachunek. I to jest pierwszy powód, dla którego uwielbiam tą serię - Tom. Mamy okazję obserwować, jak z chłopca staje się mężczyzną, widzimy całą jego wieloletnią podróż, a niektórzy dorastali wraz z nim (na przykład ja, choć byłam dużo starsza od niego, gdy zaczęłam czytać). Jesteśmy z nim na dobre i na złe, choć chyba tych złych chwil było trochę więcej... Ale bez względu na to, co by się nie działo, Tom jest zawsze dobrej myśli i nigdy się nie poddaje. 

Powód drugi to oczywiście fabuła serii! Bo, o mamo, ile tu się dzieje! Strony lecą tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy jest koniec. Każdy z tomów zawiera osobne przygody, a jednocześnie wszystkie z nich się łączą w jedną większą całość. Głównym wątkiem oczywiście jest termin Toma i walka Johna z Mrokiem, ale po drodze... O jejku, pomijając już te wszystkie stworki, które spotykamy, wiedźmy, historię matki Toma, przeszłość Johna, jest nawet wątek z braćmi Toma, Alice... matko, ciężko nie spoilerować, a nie chcę walić spoilerami, bo to nie o to chodzi.

Ale w tej książce ważne jest też zetknięcie dwóch pokoleń - Johna ze starymi zasadami, dla którego jakiekolwiek związki z Mrokiem są niedozwolone i Toma - młodego pokolenia, dla którego świat nie jest czarno biały, który przyjaźni się wiedźmami, zawiera układy z boginami i nie zawsze widzi zło w istotach mroku. Fajnie się oglądało, jak zmienia światopogląd swojego mistrza i choć zdecydowanie nie był w stanie go zmienić, to z pewnością otworzył mu oczy na wiele spraw i wprowadził wiele zmian. No i oczywiście cudowni bohaterowie - niektórych pokochałam od razy, niektórych z czasem, niektórych nawet znielubiłam, ale każde z nich jest ważne dla fabuły i w odpowiednim momencie odnajduje swoje miejsce. 

Moimi totalnie ulubionymi tomami są "Jestem Grimalkin", w którym dowiedziałam się naprawdę sporo na temat wiedźmy, poznałam ją w nowym świetnie i chyba w tamtym momencie ją pokochałam bez reszty! oraz "Wijec", który choć początkowo wydawał się bez sensu, bo jest totalnie oderwany od serii, to jego znaczenie poznałam trochę później. Był to powiew świeżości, a ja nadal trochę tęsknię za Kobalosami i chętnie bym jeszcze trochę o nich poczytała :). Za to najmniej lubię "Alice", bo historia młodej wiedźmy w ogóle mnie nie urzekła i chyba nigdy tak naprawdę jej nie lubiłam...

Jeśli macie pytania, walcie śmiało! :)

Tytuł: Kroniki Wardstone
Tytuł oryginału: The Wardstone Chronicles
Tomy: 13
Stron: 299-442/tom, łącznie 4764
Format: czytałam papierowe i na czytniku :)
Wydawnictwo: Jaguar
Susan Dennard - Prawdodziejka

października 19, 2021

Susan Dennard - Prawdodziejka

Safi jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną zdemaskować każde kłamstwo. Swój dar trzyma w sekrecie, inaczej zostanie wykorzystana w konflikcie między imperiami. Z kolei prawdziwe moce Iseult są tajemnicą nawet dla niej samej. I lepiej, żeby tak zostało. Safi i Iseult pragną jedynie wolności. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem. Zbliżają się niespokojne czasy, wojna wisi w powietrzu i nawet sojusznicy nie grają fair. Przyjaciółki będą walczyć z władcami i ich najemnikami. Niektórzy posuną się do ostateczności, by dopaść prawdodziejkę.

Największy problem tej książki polega na tym, że prawdopodobnie przeczytałam ją w złym momencie. Nie uważam ją za złą, choć zdecydowanie się z nią męczyłam i musiałam walczyć o chęci na jej skończenie. Niesamowicie kojarzyła mi się z "Buntowniczką z Pustyni" i nie mogłam się za cholerę pozbyć tego porównania, a tamten tom cholernie mi się nie podobał. Liczę jednak na to, że skoro tak mocno mi się kojarzy, to sytuacja będzie podobna i okaże się, że kolejne tomy są milion razy lepsze.

Dostałam tak naprawdę fajnych bohaterów, choć ich potencjał nie został do końca rozwinięty, bardzo ciekawy system magiczny i dość wartką fabułę, dlatego tym bardziej dziwię się, że ta historia do mnie nie trafiła, ale na pewno została w mojej pamięci. Z drugiej strony myślę, że ostatnio utraciłam ta zdolność cieszeniem się magicznymi światami. Nie wiem.

Ale wracając do systemu magicznego - każdy czarodziej ma swoją własna umiejętność, są krwiodzieje, więziodzieje, wiatrodzieje, ziemiodzieje... Żaden z nich nie umie niczego poza tym, skupiają się tylko i wyłącznie na swoich umiejętnościach i zdecydowanie są nazwiska mniej i bardziej znane. Trochę ciężko mi to wytłumaczyć, próbowałam już z M, ale kompletnie się zakręciłam w swoich tłumaczeniach, ale to akurat bardzo przypadło mi do gustu.

Trochę denerwuje mnie ten wręcz oklepany motyw from zero to hero. Tutaj przynajmniej nasza bohaterka nie dowiaduje się nagle, że jest jedyną, która może uratować świat i zyskuje powera, o jakim nikomu się nie śniło. Nie. Ma tylko moc, której nie ma nikt inny. Rozumiecie już, o co mi chodzi? 

Generalnie jestem na tak. Seria chodzi za mną od momentu, w którym wyszedł pierwszy tom, chcę się dowiedzieć więcej. Chcę się dowiedzieć, co to za tajemnicze moce Iseult i czy Safi dotrzyma swoich obietnic. Chcę zobaczyć, więcej tego świata i dać mu kolejną szansę.

Tytuł: Prawdodziejka
Tytuł oryginału: Truthwitch
Seria: Czaroziemie (tom 1)
Autor: Susan Dennard
Stron: 395
Format: TTS
Wydawnictwo: SQN
Copyright © Kasikowykurz , Blogger